OCENA: 5 Po co pisać bloga?  
  Kategorie:  O dzieciach, troszkę | Po co pisać bloga? | Skomentowane | Z archiwum pamięci |

2010-05-21 10:01:14
Kura domowa leci na urlop

Powrót

Cholerny wuklan znowu wybuchł i nasz powrót wisiał na włosku. Najpierw mnie to ucieszyło, bo oznaczałoby to przedłużenie urlopu, ale z drugiej strony koczowanie na lotnisku nie było wymarzonym miejscem pobytu.

Na wszelki wypadek, zaczęłam się rozglądać za ewentualnym kwaterunkiem i zbierać pieniądze na dalszy pobyt. Moja grupa zdeklarowała bowiem zrzutę, żebym nie umarła tam z głodu.

W sobotę z godziny na godzinę zmieniała się sytuacja na lotniskach w Hiszpanii. Zmieniała się na tyle dynamicznie, że i nasze zamknęli w końcu. Niby tylko do pierwszej w nocy, ale nasz autobus z Barcelony odjeżdżał o 3:30 i nie było wiadomo co dalej.

Godzinę przed odjazdem autobusu, udałyśmy się na dworzec. Droga prosta jak w mordę strzelił, a my i tak się zgubiłyśmy idąc tam na rekonesans, więc godzinna rezerwa była akuratna.

Dotarłyśmy tam ekspresowo, gdyż panie stojące co krok akurat wzdłuż trasy, jaką z trzaskiem walizkowych kółek przemierzałyśmy, nie wróżyły niczego dobrego (i nie były to wróżki, nie zrozum mnie źle).

Lotnisko było otwarte! Odprawiłam bagaż i kręcąc się jak pijany zdezorientowany zając w kapuście, postanowiłam się pod kogoś podczepić, żeby trafić do właściwego wyjścia.

Spytałam polskie małżeństwo czy nie będą mieli nic przeciwko temu, że się będę za nimi snuć, bo nie bardzo się tu orientuję.

Oni też się nie orientowali, ale nie mieli nic przeciwko, wręcz przeciwnie. Zajęliśmy nawet wspólny stolik i wymieniali wrażeniami z pobytu.

Naszym pogaduszkom przysłuchiwał się mężczyzna siedzący obok aż w końcu dosiadł się do nas, twierdząc, że ma również mnóstwo ciekawostek do opowiedzenia.

Niestety nasze wyobrażenia o ciekawostkach mocno się rozmijały, zwłaszcza, że nasz nowy towarzysz był już mocno podchmielony i jego nastrój był mocno na "nie".

Jedyną ciekawostką, jaką z niego wyciągnęłam był jego zawód. Producent trumien.

Na tę wiadomość polskie małżeństwo w pośpiechu zerwało się od stolika, twierdząc, że kolejka niebezpiecznie się wydłuża i warto już ją sobie zająć.

Nie jestem przesądna ale chcąc się uwolnić od marudzącego towarzysza, stwierdziłam, że to w sumie dobry pomysł.

Tamtemu było wszystko jedno. Jeden samolot już przegapił. Jak przegapi drugi, to też się nie zmartwi, zwłaszcza, że nie lubi latać a to jest jego podróż służbowa. Stąd też jego upojenia stan.

W samolocie siedział w pierwszym rzędzie i zagadywał stewardessy i stewarda. Gęba mu się nie zamykała i być może był zabawny, ale do czasu.

Do czasu, kiedy nie wykonywał poleceń załogi i wtryniał czerwony nochal w nie swoje sprawy.

Mieliśmy na pokładzie chorego. Na początku myślałam, że terrorystę. Facet jęczał, stękał, zwijał się, co chwilę latał do kibelka i siedział nienaturalnie długo.

No, to co tam robił? Bombę konstruował. A załoga nic. Jeszcze mu usłużnie drzwi przytrzymywała. Bacznie go obserwowałam. Dobrze symulował powiem ci. Ale co się dziwisz, przecież oni są szkoleni. Dziwię się tylko, że załoga taka mało czujna.

Uwierzyłam mu dopiero jak wylądowaliśmy, a jego zabrało pogotowie.

Chociaż nigdy nie wiadomo. Może misja się nie powiodła i terrorystę skręciło?

Nic to. Najważniejsze, że wylądowaliśmy. Wśród famfar i oklasków puszczonych z głośnika.

Wyszłam jako pierwsza. Nie licząc terrorysty. Wypatrywałam rodziny na tarasie widokowym i właśnie się zastanawiałam czy machać entuzjastycznie czy nie, kiedy nagle ruchem przyspieszonym, raczej niejednostajnym i nie spowodowany ruchem własnych nóg, znalazłam się na płycie lotniska.
A na mnie spadło coś ciężkiego, jęczącego.

Zewłok naszego upiornego pijanego towarzysza, który zamiast zejść jak człowiek, zleciał. I to na mnie, kurdę blade.

Dobrze, że nie machałam w tym czasie. Głupio by to wyglądało trochę.

W tej sytuacji też nie najmądrzej, ale przynajmniej trochę mniej widowiskowo.

Facet rozbił sobie trochę łepetynę, rozciął wierzch dłoni i trochę się poturbował, ale nie na tyle, żeby pogotowie chciało go zabrać razem z terrorystą.

Ku oburzeniu kilku młodych dziewczyn, które żywo komentowały wydarzenie, że:

- Jezusmaria, teraz przyczepił się to tej kobiety, której o mało co nie zabił

przystanął koło mnie w autobusie i z dumą prezentował obrażenia. Oczywiście nie trzymając się poręczy.

Uświadomiłam mu, że to na mnie przed chwilą zleciał, zepsuł mi torbę i że jak się nie będzie trzymał i jeszcze raz na mnie poleci to tym razem ja mu przywalę.

Ale wiesz, jak to gadać z pijanym. I to jeszcze rannym. Lizał sobie rany i pytał czy laski na to polecą.

E viva Polońa!


  Komentarze (0)   |   Oceń (5)   |   Skomentuj  


Komentarze czytelników:


autor: Gagatka

o mnie
kontakt
prawa autorskie

<<   Październik 2020   >>
pnwtsrczptsoni
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
Po co pisać bloga?

najnowsze wpisy

    Eureka!
    Znasz?
    Kura domowa wraca do pracy
    Retoryka dziecięca
    Stary Donald
    Znasz?
    Znasz?
    Obserwacje anatomiczne
    Negocjacje
    Duma