2009-09-01 10:11:51 Przepustka do pawlacza Wynajmowałam w czasie studiów mieszkanie w kamienicy z dwoma dobrymi kumplami. Każde z nas miało osobny pokój i żyło nam się raz lepiej, raz gorzej,
do momentu, w którym sukcesywnie ilość mieszkańców się umniejszała i zostałam sama.
Nie, nie, tak dobrze nie było - nie na trzech pokojach.
Pozostałe dwa, właściciel przezornie zamknął.
Mieszkanie było przestrone i miało jedno - wyjątkowo fajne rozwiązanie - obszerny pawlacz.
Zaadoptowałam sobie to "pomieszczenie",jako miejsce, kiedy troski życia studenckiego odbierały mi radość życia i kiedy chciałam być ze swoim żalem sam
na sam. Zamykałam się w mojej ciemni, wciągając do środka drabinę i mogłam tam siedzieć do woli nie wystawiając zaryczanej facjaty na światło dzienne.
To oczywiście, jeszcze w czasach, kidey było się przed kim ukrywać.
Któregoś dnia, zawitał u mnie były współlokator, który dostawszy
przepustkę z wojska chciał przepękać ten szlachetny czas w swoim pokoju. Jakże się niemile zdziwił, zastawszy zamknięte drzwi.
Cóż było
robić. Zaproponowałam mu nocleg pod jednym - kiedyś wspólnym dachem, ale nie we wspólnym pokoju. Przyjaźń - przyjaźnią, a swoje poczucie własności i
wyłączności posiadania pokoju miałam.
Kolega mojego poczucia nie rozumiał i próbował perswadować, uderzając, w jego mniemaniu, w czułe
punkty: to brał mnie na litość, to tłumacząc, że będzie cieplej.
Dobra, dobra. Od tego, żeby mi cieplej było, to ja miałam kołdrę i kiedy
wszystkie argumenty ustne i na piśmie zostały odrzucone, pozostało tylko jedno sensowne wyjście - pawlacz.
Dla kumpla zabrzmiało to jak
wyrok, ale mnie to jakoś nie wzruszyło.
Dla pewności, zastrzasnęłam za nim drzwiczki, zapewniając, że tak będzie mu
cieplej.
Nazajutrz, zadowolona z dobrego uczynku, udałam się do kuchni na zasłużone śniadanko.
I co tam zastałam? Kupkę nieszczęścia
w postaci mojego kolegi, patrzącego na mnie jak jakiś wyrzut sumienia. Wyglądał, jak księżniczka Pirlipatka, po nocy na ziarnku
grochu.
Najpierw, jak twierdził, nie mógł zasnąć, bo to ciężka sztuka na twardych, nierównych deskach. Potem, mało się nie udusił, twierdząc,
że zamknięte drzwiczki nie dopuszczały wystarczającej ilości tlenu. A kiedy już wreszcie udało mu się zasnąć, jakiś idiota zaczął o czwartej nad ranem
puszczać na okrągło "Dla Elizy".
Idiotą był mój automat do robienia jogurtu, radośnie ogłaszający zakończenie procesu tworzenia.
|  |